Jerzy Grzegorzewski 1939 – 2005

Fot. Krzysztof Gierałtowski

EWA KONSTANCJA BUŁHAK

Teatr Grzegorzewskiego był dla mnie czasem wielkiego uczenia się bycia na scenie na zasadach mnie kompletnie nie znanych. To było spotkanie z człowiekiem wielkiej kultury z poczuciem humoru. Pamiętam te kawy poranne w bufecie kiedy otaczaliśmy naszego dyrektora i Stanisława Radwana a oni opowiadali, wspominali, żartowali. Mijały godziny. I było pięknie… Do takiego teatru tęsknię, takich ludzi szukam.

JAN ENGLERT

Z pewnym lękiem angażowałem się do zespołu Teatru Narodowego. Wychowany na teatrze literatury E. Axera i konsekwentnej logice K. Dejmka nie nadążałem za wyobraźnią teatralną Grzegorzewskiego.

Po dwóch miesiącach oczekiwań na pierwsze wejście na scenę w „Nocy listopadowej”, jakiś tydzień przed premierą zaczęliśmy się przymierzać z Anną Chodakowską do sceny Chłopicki – Nike. „Może usiądziecie” – zaproponował Grzegorzewski. „Nie możemy usiąść” – zanegowałem, „Dlaczego?”, „Bo pierwszy tekst brzmi Usiądźmy”, „Nie możecie siedząc powiedzieć: usiądźmy?” – zdziwił się Grzegorzewski. I tak w spektaklu graliśmy tę scenę „siedząc”. W tej anegdocie jest naiwna próba zsyntetyzowania teatru Jurka. Niewiele czasu musiało upłynąć bym zrozumiał, że oto dostałem od losu szansę poszerzenia mojej teatralnej wyobraźni, znalezienia nowego języka wyrazu, szukania nieoczekiwanych rozwiązań.

Spotkanie z Grzegorzewskim po kilkudziesięciu latach pracy w teatrze wróciło mi entuzjazm gimnazjalisty, z którego korzystam do dzisiaj.

BEATA FUDALEJ

Myślę, że nie będzie to poziom wielkich słów, jeśli powiem, że spotkanie z Jerzym Grzegorzewskim zaważyło na moim aktorstwie i w jakiś sposób zmieniło moje myślenie o teatrze. Nie zapominam oczywiście o pracy z wielkimi reżyserami: Krystianem Lupą, Andrzejem Wajdą i Jerzym Jarockim, ale może przez to, że z Jerzym Grzegorzewskim pracowałam najdłużej i najczęściej, mogę śmiało powiedzieć, że czuję się jego aktorką. Aktorką jego teatru. I to nie tylko przez przynależność do przedstawień, ale przede wszystkim przez przynależność do pewnego sposobu myślenia i (Panie Jerzy, proszę mi wybaczyć zbyt daleko posuniętą śmiałość) odczuwania. Nigdy nie miałam najmniejszej wątpliwości, że pracuję z wielkim artystą i wielkim człowiekiem.

Zawsze zaskakiwał nas na próbach swoją niezwykłą wyobraźnią. Właściwie nie był przewidywalny. I to  było najwspanialsze. Teatr powstawał, a nie odtwarzał, korzystając z nabytych już, często niezłych, ale jednak odświeżanych umiejętności i wzorców. Aktor czuł się współtwórcą a nie marionetką w rękach reżysera.

Jakby tego nie nazwać, Jerzy Grzegorzewski kochał aktorów. I co bardzo ważne szanował ich. Dlatego tak ciężko pracować z reżyserami, którzy, choć uznani za wielkich nie mają nawet odrobiny wyobraźni, wiedzy i wielkiego serca Jerzego Grzegorzewskiego.

Nie bójmy się wielkich słów. Serca! Bez tego nic by nie powstało. I za to ogromnie dziękuję Panie Jerzy. Po prostu. To Pana ulubione słowo: „Po prostu”

WOJCIECH MALAJKAT

Gdy spotyka się kogoś takiego, życie staje się inne. Wiem, że nie zdarzy mi się już tak intensywna wymiana światów jak ta z Jerzym Grzegorzewskim.

STANISŁAW RADWAN

Kiedy Grzegorzewski po raz pierwszy w życiu pojechał do Paryża, szybko się zorientował, że szkoda czasu na chodzenie do teatru, bo tam była swego rodzaju „konserwa”, która z jego wyobraźnią nie miała wiele wspólnego.Wobec tego zajął się tym co uwielbiał – antykwariatami, bukinistami, pracowniami krawieckimi, ponieważ on był z wykształcenia… krawcem (tak to nazwijmy) i znalazł tam niezwykłej urody płaszcz, który kupił choć twierdził, że  wytargował – ale nikt w to nie wierzy… Więc kupił ten płaszcz i mówi „Wiedziałem, jak wyjdę w Warszawie, nikt takiego płaszcza nie będzie miał. Nikt ode mnie wreszcie wzroku nie oderwie! Wysiadam w Warszawie z pociągu zakładam płaszcz po raz pierwszy, bo w Paryżu było gorąco i rzeczywiście! Wszyscy się za mną oglądają! Mam to co chciałem! Tylko, że podchodzi do mnie jakiś facet i mówi – proszę pana bo podszewka się za pana płaszczem wlecze… I tak mija chwała na ziemii…”

Jeszcze inna cudowna historia to gdy któregoś dnia przychodzi do bufetu, wstrząśnięty, widać, że coś go bardzo poruszyło. Więc pytam – Jurek co się stało? „Wyobraź sobie wsiadam do tramwaju, siedzi tam bardzo ładna dziewczyna, patrzę na nią, a ona wstaje i robi mi miejsce. Więc zapytałem – Jak pani śmie?!” Nie było dla niego wieku…

A tak na serio… Jaki był luksus mój, tego który robił muzyki do jego przedstawień, aktorzy to doskonale znają. Od pierwszych prób. Jego przygotowania były pewnym szkicem, nie były konkretami scenicznymi. Były wspaniałymi grafikami nazwijmy to architektonicznymi zbudowania najpierw przestrzeni  dla danego tekstu. To było przedziwne zjawisko dlatego, że niektóre przedmioty pojawiały się w kilku jego spektaklach, ale przestrzeń i funkcjonowanie tego przedmiotu było zawsze inne. Tutaj też taka anegdotka… Mianowicie, w czasie wakacji kupił w antykwariacie pralkę, która została postawiona gdzieś w magazynie. W czasie jednej z prób już z aktorami, poprosił jednego z maszynistów o przyniesienie tej pralki. Po dobrych piętnastu minutach, maszynista stwierdza, że tam żadnej pralki nie ma. Poszedł razem z nimi i od razu pokazał ten cudowny przedmiot. Była to pralka z przełomu wieków, która wyglądała jak globus. Był to wielki kulisty bęben… Oni szukali pralki… Na scenie była i globusem i pralką. Nigdy nie było jednej funkcji używania tego samego przedmiotu… W Sędziach na przykład stoją wspaniałe kotły (też wynalezione w antykwariacie) gdzie odbywały się dwie ważne sceny. Natan stroił sobie kotły i mówił monolog co dawało niezwykły efekt. Ale w pewnym momencie ojciec – Mariusz Benoit, zdejmował pokrywę i okazywało się, że w środku była woda i on dla otrzeźwienia wsadzał tam całą głowę i wyskakiwał z mokrymi włosami… To były takie funkcje… I teraz wracam do tego co mówiłem o przestrzeni.  Nie dało się obok tej przestrzeni, obok detali, które te przedmioty wyznaczały przejść obojętnie. Niemożliwe to było, ponieważ one były tak wyraziste. Aktorzy także musieli to uwzględnić w myśleniu o roli. Grzegorzewski w jednym z wywiadów powiedział z abstrakcyjną na najwyższym poziomie autoironią, „nie wiem czy coś nowego do teatru wniosłem, ale na pewno jedną rzecz i jestem z niej dumny. Wprowadziłem do teatru pantograf”.

Ja z kolei jak wchodziłem w tę przestrzeń, a zwykle na temat tej pozycji mieliśmy dziesiątki godzin przegadane, o możliwościach o tym czego od siebie oczekujemy. To była także sprawa obsady. Natomiast jak przychodziłem i po raz pierwszy widziałem tę przestrzeń, to widziałem conajmniej tyle, czego mi nie wolno pisać. On narzucał tą przestrzenią styl brzmienia. Tego typu inspiracja jest w żadnym stopniu krępująca. Nie, że muszę, tylko czego mi nie wolno. Nie może nie współbrzmieć z tą przestrzenią. Grzegorzewski  oczekiwał od muzyki, żeby była na tym piętrze gdzie kończy się gest i słowo aktora, ten sam temat tylko już w innym wymiarze. I dlatego czasem były takie historie, że przerzucaliśmy muzyków na bardzo odległe balkony jak we We Wrocławiu gdzie robił „Śmierć w starych dekoracjach” i wszystko odbywało się na trzecim balkonie – i publiczność i aktorzy i wszystko. Tylko kwartet smyczkowy był rozmieszczony na pierwszym balkonie i to według podziału: pierwsze skrzypce z jednej drugie skrzypce z drugiej altówka z jednej wiolonczela z drugiej

. Jaki to był problem dla muzyków to nie muszę mówić. Oczywiście grali. Tak jak trzeba. Ale z czego to w ogóle powstało. Ponieważ odległość między trzecim piętrem balkonu  a horyzontem to było 92 m i  widzowie cały czas widzieli otwartą przestrzeń całej pustej widowni i olbrzymiej sceny na której była konstrukcja metalowa w kształcie kontrabasu i były tam cztery struny, olbrzymie liny, które szły na szczyt tego trzeciego balkonu i jak ja to zobaczyłem to wiedziałem doskonale, że to tak brzmi, że tutaj nic innego nie może być jak głos ludzki i instrumenty strunowe i to w dodatku jak najskromniejsze, najbardziej klasyczny układ tzn. klasyczny kwartet smyczkowy. No i wtedy usłyszałem jedyny komplement od niego „wiesz co, to grały tylko te struny? Na górze?”

JERZY RADZIWIŁOWICZ

Pośród wszystkich reżyserów, których miałem okazję poznać, Grzego, bo tak go nazywaliśmy i nazywamy, to postać całkowicie odrębna. Zawsze kiedy o nim mówię czy myślę to przede wszystkim jako o artyście, a słowo „reżyser” jest tylko określeniem terenu, na którym sztukę uprawiał. Pracując z nim, nigdy nie wiedziałem, jaki kształt ostatecznie przybierze przedstawienie, ale miałem poczucie, że biorę udział w konstruowaniu, w stwarzaniu fascynującego, wciągającego świata; świata cudzego, który w pewnym momencie stawał się również moim; świata mądrego, często bolesnego, ale też pełnego humoru i ironii, bo to odniesienie do rzeczywistości i do siebie samego było nierozłącznie związane z Grzego; i świata, którego cechą zasadniczą było piękno.

Kiedyś pracowaliśmy razem we Francji i Grzego po każdym udanym według niego momencie próby mówił, jak to miał w zwyczaju, „pięknie!”; francuscy koledzy zaczęli go nazywać „pan Pink”, bo tak to słowo słyszeli. Grzego czy pan Pink, na jedno wychodzi.

ZBIGNIEW ZAMACHOWSKI

Jerzy Grzegorzewski miał nieprawdopodobny, właściwie kluczowy wpływ na mój rozwój zawodowy, artystyczny i osobowościowy. Jego siła, wyrazistość, język, napotkały we mnie podatny grunt, by być narzędziem w Jago Teatrze. To, czego bez wątpienia nauczyłem się od Grzegorzewskiego i co mnie naznaczyło na całe życie, to wyczucie pewnego smaku i gustu. W teatrze nigdy nie zrobię czegoś, co znajduje się poza „kodeksem”, który On we mnie wszczepił. Pewne wybory i decyzje, których dziś dokonuję – nie tylko w teatrze – są naznaczone spotkaniem z tym niezwykle subtelnym, delikatnym i mądrym człowiekiem, oraz tym, że miałem szczęście z Nim pracować. Nikogo i nigdy nie zranił swoim Teatrem, nie dążył do celu „po trupach”. W aktorze szanował człowieka – co w tej chwili jest dość rzadkie.

Moja przygoda teatralna z Grzegorzewskim trwała szesnaście lat. I tak jak aktorzy Grotowskiego zawsze będą aktorami od Grotowskiego, aktorzy od Szajny ciągle będą aktorami Szajny, aktorzy, ktorzy grali u Swinarskiego, Jarockiego, Lupy będą ich aktorami, to ja… jestem od Grzegorzewskiego.

Organizator

Partnerzy

Patronat medialny

Opieka medialna