Twórca Festiwalu

                          MAREK MARKOWICZ  1954 – 2005

PAUL GULDA - przyjaciel Marka, pianista

Memento Marek

Kiedy wspominam Marka Markowicza, wracam do pierwszych listów, jakie ze sobą wymieniliśmy…

Był rok 1998. Zaprosił mnie, abym uczył fortepianu w jego pierwszym większym przedsięwzięciu – Zakopiańskiej Akademii Sztuki (ZAS). Ponieważ miała ona kłaść szczególny nacisk na muzykę XX-wieczną, musiałem się przyznać, że niewiele wtedy wiedziałem o geniuszu polskiego modernizmu Karolu Szymanowskim; opisałem Markowi jednak moje inne wielorakie, szeroko zakrojone projekty i obszary zainteresowania. Na to wszystko Marek odpisał w języku, który nazywał swoim Afrykaner-Deutsch: „Am wichtigste ist, der Lehrer ein Renaissance-Mensch mus sein – und Sie sind [„Najważniejsze, żeby nauczyciel człowiekiem renesansu musiał być, a pan jest”].

Nie muszę chyba dodawać, że styl renesansowy był najważniejszy w jego codziennym życiu. Był bardzo żywotny, świadomy czasów, zawsze ciekawy, zawsze w ruchu, gotowy otwierać nowe drogi i uczyć się nowych rzeczy.

Głęboko wierzył w więź pomiędzy różnymi rodzajami sztuki i rzemiosła; w bardzo dobry, zakopiański sposób wierzył także
w to, że są one powiązane z naturą, filozofią, Dobrym Życiem, dobrą zabawą. Marek zapoznał mnie z wieloma aspektami polskiego stylu życia (podczas wielu wspólnie spędzonych godzin po zakończeniu oficjalnych zajęć), które między sobą nazywaliśmy marksizmem-tytonizmem.

Jak prawdziwy człowiek renesansu, on także żywił głęboki szacunek dla Starych Mistrzów: to Marek sprowadził z powrotem do Polski Romana Totenberga, zaprosił Idę Haendel i Henryka Mikołaja Góreckiego, aby spotkali się z młodymi uczestnikami ZAS-u.

W ruchu! Na górskich ścieżkach Tatr chodził szybko na swych długich nogach, wypuszczając dym papierosowy – nawet szybciej wtedy, gdy szukał grupy studentów w gęstej mgle na Kasprowym. Biegał w tę i z powrotem po schodach hotelu, w którym na początku działał ZAS; organizował wszystko wokół koncertów, a później stawał przed publicznością, ogłaszając program z ogromnym poczuciem humoru. Skakał za kierownicą swojego malucha po ZAS-ie 2003 i jeździł z Zakopanego do Pszczyny, żeby pokazać zamek i opowiedzieć o swoim najnowszym pomyśle, który okazał się jego ostatnim: Międzynarodowym Festiwalu Kameralistyki Ensemble im. Księżnej Daisy. Kiedy zamykam oczy, żeby znów zobaczyć Marka, jest on zawsze w ruchu, zawsze con moto ed agitato…

Poza jedną wizytą, którą złożyłem mu w Krakowie w lipcu 2005 roku. Zauważyłem, że coś się poważnie zmieniło, bo Marek siedział spokojnie. Wkrótce później Marek nas opuścił, ale pozostawił po sobie ślad: dwa wysokiej klasy Festiwale, które w wyjątkowy sposób upiększają kulturalny krajobraz dzisiejszej Polski. Wdzięczne i niezatarte wspomnienia w sercach młodych ludzi, którym pomógł dojrzeć i się rozwinąć.

I choć wymieniam ich na końcu, wcale nie są najmniej ważni – kolejne pokolenie jego rodziny: Ania, Kasia, Marcin, którzy zmienili wizję Marka w rzeczywistość i sprawili, że zagościła ona u nas na dobre. Marek byłby szczęśliwy i dumny. Renesans: Odrodzenie. Na stałe.

 

ROBERT SZREDER przyjaciel, skrzypek, profesor Akademii Muzycznej w Maastricht

Bardzo niewielu spotyka się w życiu ludzi, których można z czystym sercem nazwać Przyjaciółmi. Marek był jednym z nich.
Miałem szczęście tworzyć z Nim Międzynarodowy Konkurs Skrzypcowy im. Rodziny Grobliczów w Krakowie oraz Zakopiańską Akademię Sztuki. Mówi się, że nie ma ludzi niezastąpionych, a jednak bez Niego pomimo sukcesu znikały organizowane przezeń wydarzenia, jak na przykład wspomniany Konkurs Grobliczów, lub zmieniały typowe dla nich oblicze (Zakopiańska Akademia Sztuki).

Marek był człowiekiem o wielkiej wyobraźni, sercu, fantazji, zapale. Uwielbiała go młodzież, którą inspirował przygotowanymi projektami i uczulał na piękno tatrzańskiej przyrody. Bardzo mi Ciebie brakuje, Marku – ale taki jest już los życia.

 

 

HALINA PANKANIN - zastępca Prezydenta Wałbrzycha w latach 2003–2007

 

Marek Markowicz – człowiek, który przywrócił wałbrzyszanom kameralistykę i postać Księżnej Daisy

Pana Marka poznałam w roku 2003, kiedy ówczesny prezydent zadzwonił do mnie i powiedział mniej więcej, że zgłosił się
do niego pan spod Tatr, który ma pomysł „kulturalny”. W związku z tym ma prośbę, aby z panem Markowiczem porozmawiać.

Tak to się zaczęło. Kiedy zjawił się u mnie, zobaczyłam nieco starszego mężczyznę, już siwiejącego, skromnie ubranego.
Pan Marek roztoczył przede mną uroki Zamku Książ, dawnej posiadłości Hochbergów, wspaniale nadającej się na kameralne koncerty połączone z warsztatami kameralistyki dla uzdolnionej młodzieży. Mówił z ogromną pasją, siłą przekonywania i wiedzą na temat, który poruszał. Przyszedł właściwie z gotowym projektem Festiwalu. To na jego zaproszenie przyjechał do Wałbrzycha światowej sławy skrzypek prof. Roman Totenberg i wielu innych wirtuozów, aby uświetnić pierwszą edycję Festiwalu. I tak dzięki staraniom pana Markowicza, od 2004 roku począwszy, Wałbrzych stał się miejscem festiwalowym muzyki kameralnej.

W trakcie merytorycznych i organizacyjnych przygotowań do pierwszej edycji Festiwalu pan Markowicz dał się poznać jako osoba spokojna, pewna i stanowcza, a jednocześnie pełna taktu i kultury. Był bardzo skromny, nigdzie się nie chwalił, że to on był twórcą Festiwalu im. Księżnej Daisy. Mogę z pełną odpowiedzialnością powiedzieć, że w to, co robił, wkładał całe serce i nie tylko. Niestety, zabrała go ciężka choroba. I wówczas poznałam pana Marka jako wspaniałego ojca za sprawą jego dzieci, które nie tylko podjęły przerwane przez śmierć przygotowania do drugiej edycji Festiwalu, ale go istotnie ubogaciły.

Dziękuję Bogu, że poznałam pana Marka Markowicza, który pozostawił po sobie pamięć w postaci Festiwalu, ale także dlatego, że czegoś dobrego mnie nauczył.

 

 

ZBIGNIEW CZOP - przyjaciel Marka, grafik, członek Zarządu Fundacji Kultury Polskiej

Jaki był Marek? Kreatywny! Był człowiekiem niespokojnym intelektualnie. To była również przyczyna wymyślenia przez Niego Międzynarodowego Konkursu Skrzypcowego im. Rodziny Grobliczów – jego znajomości i przyjaźnie w środowisku muzycznym Europy i Ameryki były podstawą tego niezwykłego pomysłu. Samą formę tego wydarzenia, które miało mieć charakter cykliczny, opracował w sposób wizjonerski.

Trzynastu jurorów z całego świata oceniało w trzech etapach wyselekcjonowane grono młodych skrzypków, a finał tego konkursu odbył się we wnętrzu Teatru im. J. Słowackiego –
w owych czasach najbardziej reprezentacyjnego miejsca Krakowa. Moją drobną satysfakcją jest wymyślenie nazwy konkursu, którą z „Groblicza” Marek poprawił na „Grobliczów” – a ich ród był niemały. To osiągnięcie zakończyliśmy toastem bez laudacji, a dym z papierosów był prawdziwym kadzidłem intelektualnym.

„Niespokojny ten człowiek” jednak nie poprzestał na jednej satysfakcji i rok później realizował następny swój pomysł, którym stała się Zakopiańska Akademia Sztuki. Jego miłość do młodzieży czasami rozkrzyczanej, czasami szaleńczej,
ale niezmordowanej w pracy, uświadamiała mu, że ci przyszli młodzi twórcy potrzebują nie tylko obycia estradowego, ale również intelektualnej świadomości, którą miała im dać Akademia między innymi z jej programem interdyscyplinarnymi oraz gronem wybitnych pedagogów klas mistrzowskich – elitą muzyczną świata.

Wymyślaliśmy wtedy formy reklamy, które promowałyby to wydarzenie, i tu również nie obyło się bez toastu, ale bez laudacji, a kadzidła papierosowego nie mogło zabraknąć. Zawsze uśmiechnięty, a o wszystkich problemach mówił: „To się da zrobić, trzeba tylko pomyśleć”.

„A gdyby tak… a gdyby tak na Zamku w Książu zrobić festiwal” – „Jaki festiwal? – „Muzyki kameralnej” – i zrobił! Wymyślone przez Marka coroczne cykliczne wydarzenia – Zakopiańska Akademia Sztuki i Międzynarodowy Festiwal Kameralistyki Ensemble im. Księżnej Daisy w Książu – to dowody Jego nieprzemijającej kreatywności, za które należy wypić toast i wygłosić laudację… z odrobiną dymu z papierosa, mimo że ich autor odszedł od nas w 2005 roku

Organizator

Partnerzy

Patronat medialny

Opieka medialna